Smycz


Kochani, poproszę o chwilę uwagi – mówi Jola wchodząc do biura – To jest Marta. Od dzisiaj zaczyna pracę w naszym zespole. Bardzo proszę o ciepłe przywitanie naszej nowej koleżanki!

Milczenie przerywa kilka mdłych oklasków.

– Dziękuję serdecznie! Na razie Marta zajmie miejsce Gosi, która jak wszyscy wiemy przez najbliższe dwa miesiące będzie pracować zdalnie z buddyjskiego klasztoru Nalanda. Marta, ciebie natomiast zapraszam za mną na – jak ja to nazywam – krótki spływ kajakowy po meandrach naszego biura.

Zaczniemy może od początku. Jak już zdążyłaś zauważyć do pracy wchodzimy przez te duże szklane drzwi, które otwieramy naszym firmowym identyfikatorkiem. Tutaj jest twój, proszę bardzo, razem z firmową smyczą. I od razu zakładamy go sobie na szyjkę. O, właśnie w ten sposób. Tutaj jest jeszcze taki suwaczek – uwaga broda do góry – którym możesz sobie regulować wielkość pętelki na szyi. Działa to na zasadzie klasycznej szubienicy, szczególnie jak masz kredyt. No, pokaż się. Powiem Ci, że do tego sweterka kolorystycznie bomba.

No i super. Można powiedzieć, że już nie jesteś jakąś tam nie wiadomo jaką panią Martą, tylko tą naszą Martusią z identyfikatorem o numerze 655321. Generalnie – ciągnie Jola ściszając głos i przybliżając się do ucha Marty – staramy się tu skracać dystans.

Tutaj zaraz przy drzwiach są szafeczki, twoja jest ta z muchomorkiem. W środku znajdziesz firmowy worek na obuwie, kalendarzyk i list powitalny wydrukowany w kolorze. Jeśli chciałabyś sobie go oprawić to tu za rogiem mają duży wybór opraw, polecam.

Tu mamy z kolei pokój odpoczynku. Czasami jak kogoś boli brzuch albo dostanie niemiły feedback to sobie tu przychodzi, bierze swoją podusie i duma. Jak widzisz są tu jeszcze gadżety na rozładowanie złych emocji typu sztuczny pomidor czy mączne gniotki – wszystko do Twojej dyspozycji.

No i najważniejszy punkt to oczywiście kuchnia. Tutaj jemy wspólnie śniadanka, obiadki i podwieczorki. Zasadą jest, że każdy przynosi swój kubeczek i talerzyk. Dzisiaj pewnie nie masz, ale coś ci tu znajdziemy. Tu gdzieś był taki… O jest! Patrz jaki elegancki kubek. Kawki?
Poproszę. A czyj to kubek? Nikt się nie obrazi?
– Kochana, kto ma się obrazić? Ten ekscentryk? Pracował tu chwilę taki Nalewajka, ale szybciutko zwinął żagle. Podobno osiadł na jednej z wysp Pacyfiku, gdzie para się botaniką. Kubek widać nie był mu potrzebny. Oczywiście mamy jeszcze telewizor, ekspres do kawy, wyciskacz do cytrusów, dystrybutor z gazowaną wodą, dwie mikrofalówki, opiekacz, toster, a tam jak widzisz kosze owoców. No, to chyba wszystko. I jak wrażenia?
– Bardzo fajnie, zupełnie jak w przedszkolu. Tylko, że ta smycz trochę uwiera.
Jola upiła łyk kawy i odstawiła kubek na stół. Uśmiechnęła się biorąc głęboki wdech.
– Uwierać to dopiero zacznie. Zapraszam cię do biurka…

© copyright by azkabazkan
facebook.com/azkabazkan

Pięć gwiazdek


Podjeżdża czerwona Skoda. Otwieram drzwi, przedstawiam się i wsiadam.
Cieplej, zimniej? – pyta kierowca dopadając pokręteł na panelu ogrzewania i demonstracyjnie przekręcając każde z nich.
Jest ok.
Muzyczka głośniej, ciszej?
A muzyczka akurat osobliwa, bo motoryzacyjny rap.

Swoją historię
rozpoczął na komarze,
a jazda na nim
sprawiała mu dużo wrażeń.

W porządku, niech gra. Do Capitolu poproszę.
Ruszamy. Włączamy się do ruchu. Jedziemy.

Tam poznał się z dziewczyną,
śliczną jakby ze snu.
Ona patrzyła mu w oczy,
aż mu brakowało tchu.

Jakaś impreza? – podpytuje po kilku chwilach kierowca.
Typowa zagajka na pięć gwiazdek – myślę sobie. Klasyczne otwarcie, gambit Ubera. Poświęcenie kontroli nad nawiewem i radiem, w zamian za uzyskanie lepszej pozycji w środkowej części gry. A potem bezlitosna szarża po maksymalną ocenę za przejazd. Znam te numery.

No, tak nie do końca, bardziej spektakl – odpowiadam. – Jak to w Capitolu. A jak tam ruch dzisiaj? Dużo jazdy?
No, yyy powiem panu, średnio. Po rynku się pokręciłem, jeden kurs na Sępolno miałem, a tak to nie ma jazdy. Popytu nie ma po prostu. Nie ma popytu na to.
A niech pan powie – ciągnę temat – na tym Uberze to można jakoś sensownie zarobić?
To z kolei mój klasyk. Pytanie, które detonuje tamę na najdłuższej rzece w Polsce, rzece żalów i narzekań.
Proszę pana… Na chleb mam i tyle w temacie. Popytu nie ma po prostu. A ostatnio jeszcze taki Chińczyk dał mi jedną gwiazdkę, nie wiem dlaczego, to mi średnia poniżej cztery siedem spadła i nie mogłem jeździć.
Przykra sprawa. To te gwiazdki jednak spore znaczenie mają – mówię.
No tak, jak mam za słabe oceny to stoję, wie pan. Dlatego pytam zawsze czy ciepło, czy muzyczka i tego…

Zamyślony człowiek,
wziął pojechał na czerwonym.
Spojrzał w prawą stronę,
tam jechał tir rozpędzony.

Mimo zapiętych pasów chwytam mocno rączkę nad głową, gdy z impetem wpadamy na skrzyżowanie. Prawa strona była na szczęście wolna. Rezygnuję z dalszej rozmowy w imię bezpieczniejszej podróży. Po chwili przyjeżdżamy do celu.
Tutaj bym pana wysadził, co? Bo tam już pod same wejście to nie będę się miał gdzie się zatrzymać.
Jasne, będzie idealnie.
A można od pana na pięć gwiazdek liczyć?
Można, można. Ode mnie ma pan całe pięć.
Super, dziękuję! Bo wie pan różni są ludzie. Na przykład ten Chińczyk, to…

Ona nie wie o tym,
wygląda jego u wrót.
On się toczy po ulicy,
złamane kości u nóg.

Przepraszam, ale bardzo się spieszę – mówię wysiadając pośpiesznie. – Dzięki wielkie i dużo zdrowia życzę!

Tak została sama,
we dwoje tworzyli jedność.
Jednak nie odejdą,
dla nich ta nuta z pamięcią.

© copyright by azkabazkan
facebook.com/azkabazkan

Spiżowe pomniki


Jeśli historię wszechświata zamienić na kalendarz, to nasze czasy stanowiłyby ostatnią minutę ostatniej godziny tego roku. Przyjmując tę skalę moje dzisiejsze czytanie gazety i jutrzejsze wyjście do pracy jest w zupełności pozbawione sensu. Czynności te są równie nieistotne jak to w jaki sposób się ubieram, jakim samochodem jeżdżę czy jak przeżyję swoje życie. Na szczęście tego typu filozoficzne rozważania nachodzą mnie dość rzadko, dzięki czemu nie wygłosiłem jeszcze nihilistycznego manifestu ze swojego łóżka.

Z drugiej strony bardzo doceniam to, że nie jesteśmy wyjątkowi. Że możemy w letnie popołudnia kłaść się na trawie, patrzeć w niebo i swobodnie rozmawiać o strachu przed tym co dalej. I że ta nasza rozmowa, jak i mnóstwo innych składających się na całe życie, nie będzie przez nikogo zapamiętana. Jakby istnienie ludzkie było bezzwrotnym bonem do jednorazowego użytku. Bądź co bądź daje to spory komfort do działania. Bo nie zawsze trzeba brać wszystko na poważnie.

© copyright by azkabazkan
facebook.com/azkabazkan

Świąteczne porządki


Mniej więcej w połowie grudnia poobiednią ciszę na open space’ie przerwał przeraźliwy świst sprężonego powietrza. Osiągający w tym czasie youtubowe dno szeregowi pracownicy Korporacji odruchowo zaciągnęli płachty kamuflujące używając uproszczonej procedury Alt + Tab, a upewniwszy się, iż wróg nie zaszedł ich od tyłu, zaczęli powoli wyłaniać się zza materiałowych szańców oddzielających ich biurka. Szybko okazało się, iż – ku powszechnemu zdziwieniu – prowokatorem całej psychozy jest czyszczący klawiaturę Radek.

Trzeba dodać, że Radosław nie był człowiekiem czynu. Nie był też osobą lubiącą podejmować zbędne działania, a i z tymi niezbędnymi, wchodzącymi w zakres jego obowiązków, miał spory problem. Często przebywał poza biurkiem biorąc udział w długich, samotnych wyprawach w najodleglejsze zakątki Korporacji celem odnalezienia ekspresu, z którego kawa mogłaby w końcu umożliwić mu pracę w ludzkich warunkach. Siedząc natomiast przy biurku parał się głównie nieodbieraniem telefonów. Krótko mówiąc w pracy przyjmował konwencję: „Weź, ać ty pobruszaj, a ja poczywam”.

Na uniesionych główkach wymalował się zatem obraz szoku przemieszanego z niedowierzaniem.
Co tam Radziu, za świąteczne porządki się już wziąłeś? – zapytał ktoś wkładając całą ryzę papieru do podajnika drukarki.
Symbolicznie mój przyjacielu – odparł Radek nie odrywając wzroku od bawełnianego paprocha, który utknął pod spacją – czysto symbolicznie.

© copyright by azkabazkan
facebook.com/azkabazkan

Rejestrator katastroficzny


Jako dziecko rodziców, których kariera przypadła na złote lata transformacji ustrojowej, zawsze słyszałem, że w życiu mogę osiągnąć wszystko. Że stać mnie na więcej, że jestem zdolny, że ciężką pracą osiągnę sukces. Od małego jeździłem więc na lekcje gitary, potem pianina, przez moment na karate i łyżwy, chwilowo byłem także świetnie zapowiadającym się pływakiem. Nie wolno mi było przeciągać się przy stole, a trzymanie sztućców odwrotnie niż wymaga tego etykieta było przyjmowane przez mojego ojca jako akt daleko idącej niesubordynacji. Kończąc dwadzieścia lat byłem pewny, że bogactwo nabytych w dzieciństwie umiejętności w połączeniu z gruntowną kindersztubą zapewnią mi łatwy i szybki sukces.

Rzeczywistość okazała się jednak mniej łaskawa, niż wynikałoby to z rodzinnych opowieści. Nagle wyszło na jaw, że proces rekrutacji to nie taka znowu formalność, a miejsce pracy to nie nowoczesny start-up z hamakiem, tylko tamto małe biurko w kącie za filarem. Wyjaśniło się również, że wyższe wykształcenie nie oznacza wyższych zarobków, a awans nie przychodzi co roku jak zajączek z koszyczkiem słodyczy.

Im dłużej patrzę na siebie i ludzi, których znam, tym bardziej jestem przekonany, że jesteśmy pokoleniem nielotów. Ludzi, którzy po długich i starannych przygotowaniach do zwycięskiego lotu w większości orientują się, że wolą jednak zostać tu na dole. Że wbrew oczekiwaniom nie osiągną żadnego spektakularnego sukcesu, bo po prostu tacy nie są. Inni za wszelką cenę trzymają kurs na sukces, poświęcając wszystko inne. Na końcu wymieniamy się numerami do polecanych psychologów, by zajrzeli w nasze czarne skrzynki, wytłumaczyli przyczynę katastrofy.

© copyright by azkabazkan
facebook.com/azkabazkan

Raz na zawsze


Ostatnio usłyszałem, że w życiu pewne są tylko trzy rzecz: śmierć, podatki i zmiana. To pierwsze rozumiem, wcześniej czy później dopada każdego, nawet Walta Disney’a i jego jakże żywotną legendę o hibernacji. Definicja podatku jako świadczenia pieniężnego o charakterze jednostronnym, nieodpłatnym, bezzwrotnym, obowiązkowym i generalnym mówi chyba sama za siebie. Ze zmianą z kolei jest tak, że to jedyna rzecz która powoduje ruch, która rzeczywiście pcha nas w inne miejsce. Lepsze czy gorsze, nie wiadomo. W zasadzie to wszystko jest zmianą, bo wszystko się zmienia. Bez zmiany ciśnienia nie byłoby wiatru, bez zmiany położenia Ziemi – pór roku, bez zmiany nastroju – smutku i szczęścia. Bez zmiany nie byłoby żadnego postępu. Można dojść do wniosku, że jeśli zmiana jest rzeczą pewną, to poczucie niezmienność jest co najmniej wątpliwe, jeśli nie naiwne.

Czasami wydaje mi się, że życie jest wielką funkcją z kilkoma niewiadomymi: kiedy już myślę, że znalazłem jedynie i słuszne rozwiązanie, nagle okazuje się, że to tylko zmienne, że pod ten sam wzór można podstawić zupełnie inne wartości, liczby, słowa i uczucia. I wszystko działa równie dobrze jak dotychczas. I to jest ten moment kiedy cały romantyzm na jaki gotów jest zdobyć się młody człowiek gaśnie gdzieś bezpowrotnie zduszony świadomością, że wszystko się zmienia, że wszystko ma swoją alternatywę, że nic nie jest dane raz na zawsze.

© copyright by azkabazkan
facebook.com/azkabazkan

W okowach czasu


Czy to nie ciekawe, że tylko ludzie odmierzają czas? Od tysięcy lat staramy się na wszelkie sposoby opanować żywioł jakim jest przemijanie, podzielić go na dni albo chociaż pory roku. A to zmierzyć klepsydrą, a to znowu zakreślić cień rzucany przez słońce. Liczyć, kalkulować i mierzyć. Dzisiaj możemy już pochwalić się precyzyjnymi zegarami atomowymi i strefami czasowymi, dzięki czemu niemal w zupełności wykluczyliśmy ryzyko zagubienia się w czasoprzestrzeni. Wcześniej czy później każdy z nas kończy zakuty w kajdankę czasu zwaną bardzo łaskawie zegarkiem.

A może czas to nie ten tykający sekundnik, tylko ciężkie kamienne koła. Małe odpowiadające za dni i te większe, które symbolizują lata. I te jeszcze większe wyznaczające krąg życia. Bo życie to niekoniecznie odcinek o pięknym początku A i nieuniknionym końcu B. To płynny proces, któremu należy się poddać ze wszystkimi konsekwencjami.

Zastanawiam się, czy mój kot czuje, że przemija? Nie pytałem, ale też nigdy nie był wyjątkowo zainteresowany moim zegarkiem czy kalendarzem w kuchni. Myślę, że on po prostu trwa – dumnie i szlachetnie wyraża swoją najlepszą ignorancję wobec czasu.

© copyright by azkabazkan
facebook.com/azkabazkan